czwartek, 12 grudnia 2013

ROK PIĄTY CZ. I

Cave obiecała, Cave daje xd
Było pięć komentarzy? Było. Jest nowy rozdział? Jest. 
Nie podoba on się Cave wcale, ale musi przyznać, że namieszała. Przeprasza ws za tę scenę na końcu, ale nie mogła się powstrzymać. Ma nadzieję, że się nie obrazicie.
Cave chciała również podziękować za nominację. Cave jest bardzo miło ;)
No i na koniec Cave chciała powiedzieć:
5 komentarzy = kolejny rozdział i coś, czego Ruda i Diabeł nie zapomną do końca życia ;3
Cave pozdrawia zza grobu po testach gimnazjalnych ;_;
P.S. 87% z polskiego i 50% historia + wos, jakby to kogo interesowało xd
_________________________

     Hermiona tegoroczne wakacje spędziła u rodziny Weasley ‘ów. Oczywiście odwiedziła na chwilę dom w Londynie, ale jej wizyta nie trwała długo, ponieważ rodzice sióstr Granger polecieli na wakacje do Hiszpanii. Dziewczynki nie miały im tego za złe. Wręcz przeciwnie. Cieszyły się, że rodzice w końcu zdecydowali się polecieć na upragnione przez nich wakacje. Zdecydowanie należał im się odpoczynek.
     W przedostatni dzień wakacji, Ginny, Pansy i Hermiona, pakowały się pod wieczór do szkoły. Nie podobały im się ostatnie wydarzenia, opisane w Proroku Codziennych. Coraz częściej znajdowały się w nim wzmianki na temat morderstw na Mugolach, Zdrajcach Krwi oraz Szlamach. Wiedziały, że mają się czego bać. Szczególnie Hermiona, którą Tom obrał sobie za główny cel do zabicia oraz Pansy, która z kolei zdradziła swoją rodzinę, zadając się ze swoimi przyjaciółkami. Wiedziały jednak, że na pewno stawią czoła całemu złu, jakie odważy się z nimi zadrzeć!
    Wieczorem, kiedy siedzieli już wszyscy przy kolacji, usłyszeli głośny trzask na zewnątrz, oznaczający, że ktoś na podwórku się teleportował. Pani Weasley gestem ręki wskazała wszystkim, żeby pozostali na swoich miejscach, natomiast ona samo wyciągnęła różdżkę i powędrowała do drzwi wejściowych. Usłyszała mocne pukanie. Otworzyła zaklęciem drzwi. Dziewczyny również chwyciły za swoje patyczki, tak na wszelki wypadek.
- Spokojnie, Molly. – dobiegł ich wesoły głos dyrektora. Pani Weasley przybrała na twarz szeroki uśmiech i puściła różdżkę. Podeszła do gości, zapraszając wszystkich do środka. Oprócz Dumbledore ‘a przybył jeszcze Harry. Sophie i Ron od razu podbiegli do swojego przyjaciela. Nie ma się, co dziwić. W końcu nie widzieli się przez całe wakacje.
      Było nieco przed jedenastą, kiedy Ginny w końcu wyszła z łazienki. Siedziała tam ponad pół godziny, zapominając chyba, że jej przyjaciółki również muszą odświeżyć się przed snem, żeby nie odstraszać jutro na Pronie 9 i ¾. Hermiona już miała się wpakować do pomieszczenia wyłożonego białymi kafelkami, ale usłyszała dosyć głośny huk na polu. Przyjaciółki od razu podbiegły do okna. To, co zobaczyły wręcz je przeraziło.
     Dookoła Nory powstały wielkie płomienie. Od razu zauważyły, że to czarna magia, ponieważ stworzyły ognisty krąg, który wcale się nie powiększał. Zauważyły, jak inni wybiegli z domu. Postanowiły uczynić to samo i już po chwili znajdowały się obok innych. Wtedy usłyszały śmiech. Ale to nie był zwykły chichot. To był szaleńczy śmiech samej Bellatrix Lestrenge. Hermiona zacisnęła dłonie w pięści i zazgrzytała zębami. Jak ona nienawidziła tej kobiety. Wzięła do ręki różdżkę. Zaczęła wytężać wzrok w poszukiwaniu kobiety, jednak płomienie bardzo jej to uniemożliwiały.
      W pewnym momencie, bystre oko Hermiony, wyłapało, że pierścień rozstępuje się w jednym miejscu i przebiega tamtędy Harry. Niewiele myśląc uczyniła to samo. Oczywiście musiała zignorować dość głośne krzyki Ginny.
     Wcale nie było jej łatwo przedzierać się przez bagniste tereny starego jeziora, na działce państwa Weasley. Błoto skutecznie krępowało jej ruchy. Musiała podnosić wysoko kolana, żeby się w nim nie zapaść. Herm czuła, że trampki, w których chodziła po Norze, są już doszczętnie zniszczone i przemoczone. Stawały się również coraz cięższe, co w cale nie pomagało. Oddech dziewczyny stał się nieregularny i urywany, przez co coraz trudniej było jej złapać dech. Płuca niemiłosiernie od tego piekły. Ona jednak ni poddawała się i zagłębiała coraz bardziej.
     Nagle, obok głowy Hermiony, przeleciało kolorowe światełko. Jeszcze tylko tego mi brakowało. – zaklęła w myślach, odbijając kolejne zaklęcie, które leciało prosta w nią. Jak widać nie tylko Bella złożyła im niezapowiedzianą wizytę. Teraz nie dość, że musiała biec, to jeszcze na przemian bronić się i rzucać uroki, aby bronić się przed Śmierciożercami. Doprawdy, właśnie tak wyobrażała sobie idealne zakończenie wakacji. W pewnym momencie poczuła, jak zderza się z kimś. Ledwo utrzymała się na nogach.
- Dlaczego znów za mną poszłaś, Hermiono?! – warknął Harry. Dziewczyna w odpowiedzi obrzuciła go nienawistnym spojrzeniem.
- Bo tak mi się podobało, a nie zapominaj, że ja będę robić, co chcę! – nienawidziła, jak ktoś się na nią darł za nic. Bo przecież rzucenie się w wir walki ze sługami Czarnego Pana było niczym …
- Czy ty nie rozumiesz, że to już nie jest zabawa?! – chłopak był naprawdę zdenerwowany. Jak on ma uratować świat przed Voldemortem, skoro ona cały czas mu przeszkadza?!
- Czyli insynuujesz, że to kiedykolwiek było zabawą?! – odpyskowała, zaciskając dłonie w pięści. – Nie rozumiesz jednej rzeczy Potter. Tu nie chodzi tylko o ciebie. Jakbyś nie zauważył, to Ten – Którego – Imienia – Nie – Wolno – Wymawiać, osobiście zdeklarował, że chce mnie zabić. A jak już pewnie zdążyłeś zobaczyć, przez pięć lat, ja nie chowam się po kątach, jak tchórz. – Miona postanowiła, że nie będzie się oszczędzać i wygarnie mu wszystko, co leży jej od jakiegoś czasu na wątrobie. Za kogo on się w ogóle uważa?!
- Tylko na mnie uwziął się z przeznaczenia, a na ciebie przez twoją własną głupotę! – Hermiona już miała rzucić się na niego z pięściami, ale pomiędzy ich głowami przeleciała kolorowa smuga światła.
      I właśnie wtedy przypomnieli sobie, gdzie tak naprawdę są. Momentalnie odwrócili się do siebie plecami, przywierając nimi jedno do drugiego. Taka pozycja bowiem była w tym momencie najodpowiedniejsza, ponieważ widzieli dużo więcej. Herm była cały czas nieźle zdenerwowana na osobnika, który za nią stał, a jako, że nie wypadało jej w tej chwili rzucić się na niego z pięściami, to wyładowywała swoje emocje na … Śmierciożercach. Jak się okazało wściekła Hermiona, to niewiarygodnie mocne czary.
    W pewnym momencie poczuła silne uderzenie w nogę. Syknęła z bólu i upadła na kolana, wypuszczając różdżkę. Kostka niemiłosiernie piekła. Musiała dostać jakimś zaklęciem. Zacisnęła oczy. I wtedy usłyszała, jak Harry krzyczy. Od razu podniosła głowę, żeby zobaczyć, co się dzieje. Wybraniec leżał kilka metrów od niej i najprawdopodobniej był nieprzytomny. Podniosła spojrzenie swoich czekoladowych oczu do góry, przed siebie i od razu zamarła.
      Przerażająca kobieta o kręconych włosami przerażającym uśmiechu na twarzy.  Różdżkę miała wycelowaną prosto w jej głowę. Szatynka zacisnęła powieki, pod którymi zaczęły zbierać jej się łzy. Dobrze wiedziała, że nie ma już ratunku. Harry leżał nieprzytomny, a jej różdżka była … no właśnie. Nawet nie wiedziała, gdzie. No cóż. Jak widać taki koniec był jej pisany.
      Gdy nadzieja już w niej prawie umarła, usłyszała jak Bella klnie szpetnie pd nosem, a zaraz potem głośnie pstryknięcie, oznaczające teleportację. Uniosła załzawione spojrzenie i ujrzała Dorę oraz Lunatyka. Jej szczęście nigdy nie było aż tak duże. Chciała się podnieść, ale w ostatnim momencie przypomniała sobie, że nie może stanąć na nogę.
- Nie wysilaj się. Zaraz ci pomożemy, tylko obudzimy tego tu. – zaśmiała się Nimfadora, wskazując głową na chłopaka, którego ubranie było już całkiem przemoknięte. Na twarz Herm wpłyną wredny uśmiech.
- Mogłabym? – zapytała, nie zmieniając zupełnie wyrazu twarzy. Tonks, jakby wyczytując z jej twarzy, o co chodzi, od razu pokiwała twierdząco głową.
        Ginny chodziła nabuzowana emocjami po Norze. Tak swoją drogą, to dach był całkiem spalony, a ściany pod nim zburzone. Nie wyglądało to najlepiej, ale pan i pani Weasley już wzięli się za sprzątanie. Godzina była późna, grubo po północy. Hermiona i Harry dalej nie wracali. Ruda nie wiedziała już, co ma o tym wszystkim myśleć. Niby jej mama wysłała Patronusa do Ministerstwa Maggi, ale jak na razie nikt się nie pojawił.
    I właśnie w tym momencie w salonie stanęli Tonks, Lupin, który trzymał na rękach Mionę oraz Harry, cały w przemoczonym ubraniu. Ruda nie zwróciła jednak uwagi na nic innego, tylko na to, że pan Lunatyk niesie Herm. Kolor jej włosów od razu zrównał się z kolorem  włosów, a oczy zaczęły ciskać błyskawice. Mionka wiedziała już, że ta noc tak prędko się nie skończy …
    Siedziały w przedziale. Z no nogą Miony było już całkiem dobrze. Normalnie na nią stawała i chodziła. Oczywiście na początku nie obyło się bez wykładu ze strony Gin, jak to ona już nie może wytrzymać i po prostu w końcu rzuci na Mionę jakiś urok. Jednak panna Granger nie przejmowała się tym, ponieważ wiedziała, że Gin nie wytrzyma bez niej długo.
     Była noc, wszystkie jej przyjaciółki już dawno spały. Tylko ona jakoś nie mogła odpłynąć do krainy marzeń. Za każdym razem, kiedy zamykała oczy widziała obrazy z wakacji. Żałowała, że nie ma Eliksiru Słodkiego Snu. Oczy piekły ja niemiłosiernie. Chętnie by usnęła. Powieki zrobiły jej się ciężkie, jak kamienie. Po chwili poczuła pod nimi piasek, a w następnym momencie już spała.
     Biegła, ile tylko miała sił w nogach. Zostawiła za sobą ogień i Norę z przyjaciółkami. Musiała jednak dowiedzieć się, czego chce Bellatrix. Czuła, jak jej buty przemakają. I w pewnym momencie wszystko zniknęło. Teraz była w ogromnym pokoju z jednym stołem. Coś jednak jej nie pasowało.
   Może to, że była przykuta do ściany, a przed nią stał Tom. Rozejrzała się dookoła. Przy ścianach stali Zabini, Malfoy, Nott oraz Higgs. Widziała na ich twarzach przerażenie. Jednak teraz nie to było najważniejsze, a to, że Voldemort właśnie podnosił różdżkę. Już miał wypowiadać zaklęcie, kiedy …
- Herm, obudź się! – otworzyła szeroko oczy i momentalnie usiadła. Jej oddech był nierówny, urywany. Z całej siły próbowała złapać powietrza w płuca. O każdy kolejny oddech musiała walczyć. Oparła głowę na rękach i zaczęła dłońmi rozmasowywać skronie, żeby się uspokoić.
- To tylko sen. Tylko przerażający sen. – powtarzała, jak mantrę.
- Wszystko w porządku? – zapytała z troską Pansy, która gładziła ramię przerażonej Hermiony.
- Tak, okej. – odpowiedziała, patrząc na podłogę.
- Za chwilę dojeżdżamy. – mruknęła Ginny, uważnie obserwując Mionę. Jeszcze nigdy nie widziała, żeby jej przyjaciółka aż tak bała się. Brązowowłosa popatrzyła na nią załzawionymi z przerażenia oczyma.
- Pójdę do łazienki się przebrać. – mruknęła w odpowiedzi. Wstała z siedzenia, chwyciła szatę wyjściową i, odprowadzona czujnym wzrokiem przyjaciółek, wyszła z przedziału.
    Na zewnątrz wzięła głęboki oddech i po woli, z głuchym świstem wypuściła powietrze, pachnące parą zza szyb. Udała się w stronę toalety. Tak, jak się spodziewała nikogo już przy niej nie było, więc weszła do środka. Zamknęła się od wewnątrz, oparła o drzwi i po woli zjechała po nich na posadzkę. Ukryła głowę w kolanach.
    Ona już dłużej tego nie wytrzyma! Na wakacjach co chwil śniły jej się sceny z Ministerstwa Magii. I nie były to szczęśliwe zakończenia. Najczęściej leżała pokiereszowana przy jednym z kominków, a w jej brązowych oczach nie było już tych wesołych iskierek, co zawsze. One były puste, bez życia. Zdarzało się również, że znajdowała się w jakimś więzieniu bez okien. Brudna, poobdzierana, zapłakana.
   Od wczoraj natomiast śni jej się zajście z Nory. Płomienie, błoto, woda i Bellatrix mówiąca, mierząca różdżką prosto w nią. Najgorsze było to, że nie mogła sama wybudzić się z tych snów. Próbowała otworzyć oczy. Dobrze wiedząc, że śni, szczypała się po rękach, ale to nic nie dawało. Po prostu musiała być w tym śnie i już.
    Załamana podniosła się z ziemi i przejrzała w lustrze. Miała zaczerwienione oczy, różowe policzki i ogólnie na twarzy była raczej blada. Ręce trzęsły jej się dalej ze zdenerwowania. Po prostu była przerażona tym, co zobaczyła. Zostawiła jednak swoje odbicie i wzięła się za przebieranie.
    Wielka Sala, zresztą jak co roku, przywitała uczniów, za równo tych starych, jak i nowych, w starych murach Hogwartu. Ceremonia przydziału ciągnęła się już godzinę, a wydawało się, jakby pierwszorocznych wciąż nie ubywało. Jednak w tym roku Hermiona była zbyt zamyślona, żeby to zauważyć. Dopiero, kiedy dyrektor przemówił, ona oderwała się od swoich myśli i spojrzała na mównicę, na której stanął brodaty mężczyzna.
- Mam dla was jeszcze jedno ogłoszenie, zanim zaczniecie jeść. – powiedział, uśmiechając się pod nosem, na reakcję uczniów. – Jak wiecie musieliśmy zatrudnić nowego nauczyciela na stanowisko Obrony Przed Czarną Magią. Dyrekcja w tym roku postanowiła jednak wprowadzić pewne zmiany. Eliksirów od dziś uczyć was będzie profesor Horacy Slugorn, którego serdecznie witamy z powrotem w naszej szkole. – po pomieszczeniu rozniósł się odgłos klaskania. – Natomiast Obrony Przed Czarną Magią nauczać będzie profesor Severus Snape. – reakcja starszych roczników? Szok.
     Hermiona wracała samotnie do swojego Dormitorium. Na korytarzach nie było nikogo, ponieważ wszyscy dalej objadali się na kolacji. Ona sama nie była w stanie nic przełknąć, więc postanowiła, że pójdzie się położyć. Może w końcu uda jej się choć trochę przespać, nie mając żadnego koszmaru.
    W pewnym momencie usłyszała, jak coś wali się na posadzkę z głośnym trzaskiem, a zaraz potem ktoś klnie szpetnie pod nosem. Nie musiała długo myśleć, żeby wiedzieć, kto używa aż tak wulgarnych słów. Od razu przyspieszyła kroku, żeby nie musieć spotkać się z pewną osobą. Niestety, im szybciej szła, tym bardziej było ją słychać i już po chwili czuła, jak ktoś odwraca ją do siebie przodem.
    Pierwszym, co zobaczyła, były duże, piękne, stalowo – szare tęczówki. Przez myśl przeszło jej, że mogłaby utonąć w ich głębi. Poczuła rękę chłopaka na plecach, a z przodu jego umięśniony tors. Czuła ciepło bijące od jego ciała i zapach, najcudowniejszych perfum na świecie. Czuła, jak kolana jej miękną, a całe ciało odmawia posłuszeństwa i z zapałem reaguje na dotyk chłopaka. Dobrze wiedziała, że gdyby jej nie trzymał, to już dawno leżałaby na posadzce. Tak strasznie bała się tego uczucia, które siedziało w niej gdzieś głęboko uśpione.
- Nie ładnie tak węszyć, Szlamo. – ostatnie słowo sprawiło, że łzy stanęły jej w oczach. Tak bardzo nie chciała go już więcej słyszeć. Nie z jego ust. Trafiało prosto w serce i rozrywało je na drobne kawałeczki.
    Spuściła głowę, żeby nie zauważył, że płacze. To byłby jej koniec. Ogłosiłby całej szkole, że jest słaba, wrażliwa na wyzwiska, a tego nie chciała najbardziej. Była pena, że on sam dręczyłby ją tym do końca życia. Na jej nieszczęście zauważył.
      Na początku poczuł się całkowicie zbity z tropu. Doprowadził do łez samą Hermionę Granger. Ale czy to właśnie nie o to chodziło mu przez kilka ostatnich lat spędzonych w Hogwarcie? Przecież chciał, aby w końcu pokazała przy nim, jak słaba jest emocjonalnie. Dlaczego więc teraz, gdy już to osiągnął czuje się podle? Powinien tryskać szczęściem.
     I nagle naszła o ochota na coś dziwnego. Kierowany chwilą złapał za podbródek dziewczyny. Poczuł, jak jego palce stają się mokre. Podniósł jej głowę, pomimo stawianego oporu, tak że mógł zobaczyć jej czekoladowe oczy. Aktualnie były całkowicie załzawione i patrzyły na niego z obrzydzeniem. Nie wiedział, czemu , ale poczuł ukłucie w sercu. I właśnie wtedy to się stało.
     Hermiona nie zdążyła zupełnie nic zrobić, po prostu poczuła, jak Draco obejmuje jej usta swoimi miękkimi, ciepłymi wargami. Na początku zupełnie nie wiedziała, o co chodzi. Nie robiła nic, tylko poddawała się pieszczocie, jaką zapewniał jej chłopak. Jednak po krótkiej chwili odwzajemniła pocałunek. Robiła to po raz pierwszy. Było niesamowicie. Czuła, jak motyle budzą się w jej brzuchu, aby tańczyć wspaniały taniec radości. Coraz bardziej angażowała się w pocałunek.
    W pewnym momencie stało się coś niesamowitego, od czego dziewczynie zakręciło się w głowie. Poczuła, jak język Dracona po woli wchodzi do jej buzi. To było niesamowite. Malfoy nie był natarczywy. Wręcz przeciwnie, całował wspaniale. Uchyliła lekko powieki. Jego oczy były otwarte. Mogła znów w nie spojrzeć. Wydawał się być bardzo skupiony na tym, co robi.

    I tak, jak szybka się zaczęło, tak się skończyło. Hermiona, jakby uświadamiając sobie, co robi, oderwała się od Draco i nie patrząc w tył, po prostu pobiegła do Dormitorium.

wtorek, 10 grudnia 2013

ROK CZWARTY CZ. V

Tutaj Cave!
Le chciała wam powiedzieć, że czuje się niedowartościowana, ponieważ coraz mniej komentujecie jej bloga ;c
Cave nie wie, dlaczego tak się dzieje, ale jest jej z tego powodu przykro. Postanowiła, więc że ogłasza szantaż bloggerowy !! Wy dacie Cave 5 komentarz, a ona wam pierwszą część ostatniego roku w Hogwarcie, ponieważ już czeka w Wordzie zwarta i gotowa.
Cave pozdrawia i życzy przyjemnego wieczoru ;)
P.S. Nikt się pod Cave nie podszywa, tylko trochę jej odbiło i stąd pisze w trzeciej osobie xd
________________________________  

       Ciemność. Z każdej strony bezkresna ciemność. Zawsze po jakimś wypadku znajdowała się na przepięknej łące, a dookoła niej panował spokój, cisza, poczucie bezpieczeństwa. Tym razem nic takiego się nie stało. Wszędzie była tylko pustka, a z czarnej głębi dobiegały do niej jakieś głosy, których zupełnie nie rozumiała. Czuła tylko, że gdzieś tam, jakby na zewnątrz jej umysłu, toczy się walka. Była niemalże pewna, że to cały czas ta sama walka, w której jeszcze jakieś kilaka minut temu uczestniczyła. Bitwa, która ma w końcu poprowadzić do wojny, która z kolei zadecyduje o dalszych losach Magicznego Świata.
      W pewnym momencie naszła ją chęć, żeby otworzyć oczy. Podnieść do góry, jakże niezwykle ciężkie w tym momencie powieki i ukazać światu po raz kolejny swoje śliczne, ciepłe, brązowe tęczówki. Niby nic niezwykłego, ale dla niej to był w tym momencie nie lada wysiłek. Przecież jeszcze kilka minut temu jej głowa miała bliższe spotkanie z kamiennym murkiem, który nie należy do najmiększych.
     W końcu się w sobie przemogła i powoli otworzyła oczy. Jednak nie trwało to długo, ponieważ poraziło ją światło pochodzące z magicznych smug, które fruwały nad ich głowami. Kolejna próba zakończyła się tym razem powodzeniem. Poczuła, jak ból przeszywa jej obolałą głowę i mózg. Nie było, więc najprzyjemniej, kiedy ktoś objął ją od tyłu z całej siły. Dopiero teraz zauważyła, że jej plecy oparte są o czyjąś ciepłą klatkę piersiową. Delikatnie dotykając ramiona napastnika dała mu do zrozumienia, że uścisk wcale nie przynosi jej przyjemności, a i wręcz przeciwnie – po prostu boli ją ten gest. Odwróciła się do tyłu i zobaczyła zapłakaną twarz jednej ze swoich przyjaciółek.
      Ginny, kiedy tylko zobaczyła, że Hermiona upada bezwładnie na ziemię, zamarła w jednym momencie. Jej przyjaciółka po raz kolejny ewidentnie zrobiła sobie niemałą krzywdę. Jednak tym razem nie była pewna, czy aby jej poświęcenie nie była gorsze w skutkach, niż poprzednimi razami, kiedy to mimo wszystko udało się ją nie raz uratować z opresji.
- Nawet nie wiesz, jak ta minuta mi się dłużyła. – wychlipała panna Weasley i nie zważając na protesty przyjaciółki po prostu się do niej przytuliła.
       Hermiona, mimo wszystko, cieszyła się, że ma przy sobie Gin. Nawet, jeśli w tym momencie jej uścisk potęgował ból głowy i miażdżył żebra. Rozejrzała się dookoła znad ramienia rudowłosej. Zauważyła członków Zakonu Feniksa, którzy zacięcie walczyli ze Śmiercożercami. Gdzieś mignął jej nawet Syriusz, którego najwyraźniej udało jej się uratować. Tylko jedna nieobecność nie dawała jej w tym momencie spokoju.
- Gdzie jest Harry? – zapytała Miona, po woli i delikatnie odsuwając się od przyjaciółki.
- Pobiegł za Bellatrix. – odpowiedziała Ruda.
      Jakby na potwierdzenie jej słów, z korytarza Ministerstwa Magii, dało się usłyszeć trzask. Herm, nie zważając na to, że dopiero przed chwilą udało jej się obudzić ze swego rodzaju śpiączki, ignorując przeszywający ból czaszki, poderwała się i pobiegła w kierunku hałasu. Przecież Wybraniec mógł potrzebować w tym momencie pomocy, a ona nie mogła w takiej sytuacji siedzieć bezczynnie.
     Nie zważając na protesty Ginny pobiegła na korytarz. To, co tam zobaczyła sprawiło, że krew na moment stanęła w jej żyłach. Za jednym z murków, oddzielających kominki, siedział Potter, a na środku profesor Dumbledor ‘e walczył z Sami – Wiecie – Kim. W pewnym momencie poczuła na sobie spojrzenie Voldemort ‘a. Popatrzyła w jego gadzie oczy. Można było z nich wyczytać jedną emocję, której mimo usilnych starań nie udało mu się ukryć – niewyobrażalną wściekłość.
       Jakim cudem ta Szlama jeszcze oszpeca Magiczny Świat, którym on ma zamiar zawładnąć?! Przecież widział na własne oczy, jak Bella zabuja ją nie więcej, jak dwie minuty temu!! To dziewuszysko ma zdecydowanie za dużo szczęścia, jak na brudno krwistą. Teraz Harry Potter musi poczekać. Najpierw zabije ją, a zaraz potem jego. Tak, to zdecydowanie idealny plan. Zresztą … Każdy inny, który on sam wymyśli jest idealny, tylko ci idioci, którzy mają zaszczyt nazywać się jego sługami Nie potrafią niczego zrobić dobrze.
      Hermiona z całej siły próbowała nie pokazywać, że się boi. Dobrze wiedziała, iż Voldmort uwielbia patrzeć w przerażone oczy swoich ofiar. Wręcz karmi się ich strachem. To właśnie on daje mu największą satysfakcję i siłę do dalszego zabijania niewinnych osób. Przerażające, ale prawdziwe. Cofnęła się o krok do tyłu, kiedy Riddle podniósł swoją różdżkę. Wiedziała, że nie wróży to nic dobrego i nie myliła się. Po chwili całe szkło, jakie tylko było gdziekolwiek dookoła nich, popękało na drobne, aczkolwiek ostre kawałki. Zaczęło latać, tworząc wir wokoło Tego – Którego – Imienia – Nie  -  Wolno – Wypowiadać. Nie trwało to jednak długo, ponieważ odłamki po krótkiej chwili momentalnie stanęły w miejscu. Hermiona zasłoniła twarz rękami i czekała na, kolejną już tego dnia, falę bólu, która na pewno zaleje jej drobne ciało.
      Gdy ona nie nadeszła po woli opuściła ramiona. To profesor Dumbledor ‘e ją uratował. Jej radość nie trwała długo, ponieważ zobaczyła, jak przez tarczę ochronną zaczynają przedzierać się pojedyncze odłamki szkła, a zaraz potem „ściana” pęka. Czuła, jak każdy odsłonięty kawałek jej skóry zostaje przecięty. Upadła na podłogę. Nie liczyło się teraz to, że odłamki, które opadły już na podłogę, ranią delikatną skórę jej dłoni. Nie miała siły, żeby utrzymać się na nogach. Całe ciało niemiłosiernie ją bolało, a każda, nawet najmniejsza rana, piekła i sprawiała wrażenie, że płonie. Krew po woli sączyła się z rozcięć i plamiła ubranie dziewczynki, ale również i podłogę.
      Jej uszy przeszył potworny krzyk Voldemort ‘a, a zaraz potem poczuła, jak ktoś wdziera się do jej umysłu. Nie miała siły się bronić, a nawet jeśli, to i tak nie miała pojęcia jak? Przecież na Obronie Przed Czarną Magią jeszcze nie uczyli się o Oklumencji. Syknęła, kiedy Tom Malvoro wdarł się do pierwszego wspomnienia. Ona też je zobaczyła.
      Mała dziewczynka o mocną kręconych włosach siedziała przy choince i rozpakowywała z papieru ozdobnego największy prezent. Jej dziecięcą twarzyczkę zdobił ogromny uśmiech. Na kanapie siedziało małżeństwo i przyglądało się, jak młodsza pociecha cieszy się z otrzymanego prezentu gwiazdkowego. Im wystarczyła sama jej radość, nie musieli dostawać żadnych podarunków, tylko jej uśmiech.
       Usłyszała w głowie cichy syk „żałosne” i pełen pogardy śmiech. Wiedziała do kogo on należy. W oczach stanęły jej łzy bólu. Riddle już postara się o to, żeby każda następna wizja bolała, jak najbardziej się tylko da. Przecież Hermiona jest Szlamą, nie zasługuje na bezbolesną śmierć.
       Ta sama, wesoła dziewczynka, co w pierwszym wspomnieniu, stała teraz w ogromnym holu nowej, mugolskie szkoły. Tym razem jej twarzy nie zdobił uśmiech, a przerażenie. To był dla niej pierwszy dzień nauki. Nie dziwne więc, że się po prostu bała. Po chwili podbiegła do niej blondynka. Sophie. To właśnie ona była jej oparciem w najtrudniejszych chwilach. Na swoją siostrę zawsze mogła liczyć i nigdy nie odmawiała jej pomocy. Nawet w sytuacjach bez wyjścia.
        Tym razem głos powiedział „wzruszające”, ale z taką odrazą, że Mioną wstrząsną kolejny, spazmatyczny ruch. Chciała, żeby to w końcu się skończyło. Już nawet woli umrzeć, tylko żeby to tak potwornie nie bolało. Marne były jej błagania …
        To było trochę więcej, jak rok temu. Hermiona stała u szczytu schodów w przepięknej sukni. Włosy wyprostowane, opuszczone na nagie plecy. Ginny nie zrobiła jej mocnego makijażu, a nawet wręcz przeciwnie. Usta, lekko muśnięte błyszczykiem, kusiły każdego chłopaka, który tylko na nie spojrzał. Oczy pomalowane tylko cieniem do powiek. Właśnie miął zacząć się Bal Bożonarodzeniowy. Wszyscy wyczekiwali go z niecierpliwością, ale nie ona. Czuła na sobie każde jedno spojrzenie, które wręcz paliło jej odkryte ramiona. Chciał ubrać spodnie, wziąć kafla i poćwiczyć na boisku, a nie użerać się z jakąś beznadziejną kiecką. Chciała jak najszybciej zdjąć z siebie to dziadostwo. Szkoda, że czekał ją cały wieczór męczarni …
       Po tym wspomnieniu ból był jeszcze większy, niż wcześniej. Z gardła dziewczyny wydarł się przeraźliwy pisk. Spod zaciśniętych powiek obficie wypływały łzy. Nie miała siły. Każda rana, najmniejsze zadrapanie czy rozcięcie tak potwornie piekło. Chciała, żeby to się wreszcie skończyło. Czuła, że profesor i Harry są obok niej, ale nie mogą nic zrobić. Ile by dała, żeby teraz potrafić się obronić.
        W pewnym momencie cały ból ustał. Hermiona wiedziała, że to nie koniec. Czerpała jednak z chwili odpoczynku. Nie miała pojęcia, ile jeszcze zniesie. Przeczuwała, że niewiele. Bo w końcu, jak wiele może jeszcze wycierpieć. Wygięła się w łuk, kiedy jej umysł znów zaczęło rozrywać od środka. Zacisnęła drobne dłonie z całej siły w pięści, przez co jeszcze mocniej wbiła w nie odłamki szkła. Tego bólu nie dało się jednak porównać z tym, co właśnie czuje gdzieś w środku. W końcu zemdlała.
      Wtedy Voldemort wyszedł z jej umysłu, z zamiarem ostatniego ruchu – użycia tego zaklęcia. Nikt nie był w stanie mu przeszkodzić, ponieważ innym czarem odepchnął od ciała dziewczyny Dumbledore ‘a i Potter ‘a. Właśnie miał pozbyć się Szlamy, która zabiła Bazyliszka i przeżyła jego odrodzenie na cmentarzu. Właśnie miał sięgnąć po zwycięstwo nad jedną z niewielu, która ma czelność wymawiać jego imię. Właśnie miał zabić Hermionę, ale przerwał mu trzask i zielone światło z jednego z kominków. Odwrócił się w tamtą stronę, zupełnie zapominając o leżącej na posadzce Mionie.
      Ujrzał samego Ministra Magii. Zobaczył przerażenie na jego twarzy, kiedy tylko rozpoznał w nim to, czego tak strasznie się obawiał. Błysk flesza z aparatu niejakiej Rity Skeeter. Uśmiechnął się wrednie. Niech robią sobie zdjęcia i piszą o jego powrocie. Niech wiedzą również, że nadchodzi to, co nieuniknione – czasy jego władzy nad wszystkim co magiczne. Teleportował się, zupełnie zapominając o Hermionie.
     Nie miała pojęcia, co się z nią zieje. Wiedziała tylko tyle, że ktoś bierze ją na ręce. Cały czas czuła, że ma powbijane w plecy odłamki szkła, które coraz mocniej ranią jej skórę i wnętrze. Bolało, owszem. Jednak ten ból wydawał się dosyć śmieszny w porównaniu do tego, który czuła przed chwilą. Tak strasznie dziękowała Merlinowi, że to się w końcu skończyło.
      Kiedy poczuła pod swoimi plecami twardą przeszkodę syknęła z bólu. Najwidoczniej ktoś położył ją na łóżku. Możliwe, że jest teraz w Skrzydle Szpitalnym. Ewentualnie w Mungu. Słyszała, jak kilka osób krzątać się dookoła niej. Z jednej strony chciała otworzyć oczy, żeby zobaczyć kto to,  natomiast z drugiej nie miała na to siły. Całe ciało ją piekło, a na dłoniach czuła ciepłą maź, która najprawdopodobniej była krwią. Poczeka jeszcze chwilkę. Trochę odpocznie i na pewno się obudzi … Chwilę, która dla przyjaciół będzie trwać wieczność.
       Luna, Ginny i Pansy siedziały przy łóżku w Skrzydle Szpitalnym. Gdy tylko zobaczyły pokiereszowane zwłoki przyjaciółki na środku Ministerstwa Magii zamarły. Poczuły ten nieprzyjemny uścisk w okolicach serca. Znów to samo! Znów to Hermiona ucierpiała najbardziej!
       Najbardziej samą siebie obwiniała Ginny. Między innymi dlatego, że wtedy, kiedy Miona się obudziła nie zatrzymała jej. Mogła przecież jakkolwiek zainterweniować, nie puścić jej nigdzie, powiedzieć cokolwiek! Chociaż wątpi, że to by podziałało. W końcu to Hermiona, z nią nie wygrasz tak łatwo.
      Dobra, najwyższa pora, żeby się obudzić. Zaczynało jej się już po woli nudzić, bo w końcu ile można odpoczywać? No właśnie, w jej przypadku bardzo krótko. Po woli, wkładając w to całą siłę, jaką miała, otworzyła oczy. Powieki wydawały się ciężkie, jakby z betonu, ale podołała. Poraziło ją światło, ale nie zamknęła oczu. Bała się, że znów zatraci się w ciemności, a tego bardzo nie chciała.
- Ty wredna jędzo! – usłyszała całkiem głośny krzyk, przez co jej głowę przeszyło miliony gwoździ, sprawiających pulsowanie całej czaski.
- Ciszej Gin, błagam cię. – wyszeptała, pocierając skronie.
- Jakie ciszej Gin? Jakie ciszej Gin? – zagrzmiała. Hermiona ewidentnie wyczuła ton pani Weasley, kiedy wrzeszczała na bliźniaków. Jednak to nie uchroniło jej przed bólem głowy, a nawet wręcz przeciwnie – potęgowało go.
      Po dwóch dniach pani Pomfrey pozwoliła Herm opuścić Skrzydło Szpitalne. Dziewczyna była z tego powodu przeszczęśliwa. Nie dość, że może wreszcie schować się gdzieś na Błoniach, żeby ni musiała cały dzień słuchać wywodów Ginny – nie, żeby miała jej dość, ale Ruda naprawdę potrafi dać w kość – to i wreszcie spotka się z Kornelem. Jakoś ostatnio nie miała na to czasu.
      Skończyła się właśnie ubierać. Nałożyła na siebie czarne rurki, tego samego koloru bluzę i szarą bokserkę. Jeszcze tylko adidasy, mugolskie firmy sportowej i czerwony płaszczyk, i już mogła wyjść. Wcześniej wysłała sowę do swojego chłopaka, że chce go widzieć za dziesięć minut pod ich dębem na Błoniach.
     Kiedy dochodziła na miejsce blondyna zauważyła już z daleka. Stał oparty o pień drzewa z rękami w kieszeniach. Wzrokiem śledził zamarznięte jezioro. Widać było na pierwszy rzut oka, że jest zamyślony. Hermiona podeszła do niego od tyłu i położyła mu na oczach dłonie.
- Zgadnij kto to. – zaśmiała się. Kornel uśmiechnął się delikatnie. Zdjął jej ręce ze swojej twarzy i skradł słodki pocałunek. Gdy tylko się do niego przybliżyła, zamarła. Ten zapach. Śmierciożerca, który dwa dni temu podniósł na nią różdżkę pachniał tak samo. Ale przecież każdy inny też może używać takiego zapachu. Chyba …
- Stęskniłem się za tobą, ty moja bohaterko. – mruknął jej do ucha. Dziewczyna otworzyła szeroko oczy. Głos Kornela jest taki sam, jak u sługusa Volemort ‘a. Nie mogła w to uwierzyć. Musiała sprawdzić jeszcze jedną rzecz.
- Kor, mógłbyś mi powiedzieć, jakiej jesteś krwi? – zapytała odsuwając się od niego na długość ramion. Popatrzył zdziwiony w jej brązowe tęczówki. Podniósł prawą brew, ale odpowiedział.
- Czysta. – Miona momentalnie od niego odskoczyła, przeklinając się w myślach, że nie wzięła ze sobą swojej różdżki.
      Mayer już zupełnie nic nie rozumiał. Zaczął myśleć, co takiego mógł jej zrobić, że się go boi. Zaczął wertować wszystkie swoje wspomnienia. I wtedy nagle go olśniło. Pacnął się z otwartej dłoni w czoło. Właśnie wydał się przed tą Szlamą! Jego twarz natychmiast przybrała zacięty wyraz. Popatrzył na nią z obrzydzeniem. Widział, że się go boi. I bardzo dobrze. Pewnie nawet nie wzięła ze sobą jakiejkolwiek obrony, bo i po co. Na jego usta wpłynął wredny uśmiech.
     Miona coraz bardziej cofała się do tyłu. Śnieg utrudniał jej chodzenie. Wystawiła przed siebie ręce, kiedy chłopak zaczął się do niej zbliżać. Była przerażona. Przecież nie tak dawno, bo dziś rano wyszła ze Skrzydła Szpitalnego i nie chciała tam wracać. Odwróciła się i zaczęła biec w kierunku boiska do Quidditch ‘a. Pokłóciła się z Ginny o dzisiejszy trening. Miała nadzieję, że już się zaczął, bo była by w niezłych tarapatach.
     Z każdym krokiem na nowo zapadła się w śniegu. Była nieźle zmęczona i czuła, jak po jej plecach spływają pojedyncze krople potu. Pisnęła, kiedy koło jej głowy przeleciała kolorowa smuga. Popatrzyła przed siebie. Zostało jej jeszcze tylko kilka metrów i będzie na miejscu. Nie podda się. Pomimo wycieńczenia musi dać radę.
     Gdy tylko postawiła pierwsze kroki w korytarzu dla zawodników drużyn przyspieszyła momentalnie. Jej spodnie i buty były całkiem przemoknięte. Nie zwracała na to jednak uwagi. Wparowała do szatni Gryffonów. Odszukała wzrokiem szafkę Gin i chwyciła jej różdżkę. Tak ! Teraz będzie miała się czym bronić.
     W pewnym momencie usłyszała, jak drzwi się zatrzaskują. Chłopak zaklął pod nosem, kiedy zobaczył, co dziewczyna dzierży w dłoni. No cóż … To będzie tylko dodatkowe utrudnienie w wykonaniu zadania od Czarnego Pana, jakim było zabicie jej. Miona niewiele myśląc przypomniała sobie swoje najszczęśliwsze wspomnienie i wysłała Patronus ‘a do ćwiczących na płycie boiska. Błękitny Feniks, nie zważając na to, że drzwi są zamknięte i zabezpieczone zaklęciem wyciszającym, po prostu przez nie przeleciał.
    Kornel popatrzył na nią wściekły. Ma niewiele czasu, zanim Gryffiaki się tutaj pojawią. Musi działać szybko. Wiedział, że Herm jest wycieńczona ostatnią walką z Tomem i postanowił to wykorzystać, rzucając w nią zaklęciami niewerbalnymi. Nie przewidział tylko, że Gyffonka potrafi doskonale rozpoznawać kolory uroków. Dobierała więc idealnie każda tarczę obronną, żeby odbić różnokolorowe poświaty, które kierowały się w jej stronę. Nie było to co prawda łatwe, ale ona świetnie sobie radziła.
     Po chwili zaciętej waliki pomiędzy nimi z korytarza dało się usłyszeć szaleńczy bieg. Kornel po raz kolejny zaklął szpetnie pod nosem i popatrzył wściekły na Hermionę, która zachowała kamienną twarz. Nie miała zamiaru dawać mu satysfakcji i okazywać swoich emocji. O tym mógł od razu zapomnieć. Posłał jej wredny uśmiech i z zapewnieniem, że to jeszcze nie koniec, teleportował się w tylko sobie znane miejsce.
    Herm odchyliła głowę do tyłu i oparła się o zimną ścianę, której chłód w tym momencie przyjemnie chłodził przez płaszcz jej rozgrzane ciało. Zamknęła powieki i usiłowała uspokoić oddech. Nie zwróciła uwagi na to, że ktoś ewidentnie mocuje się z drzwiami, aby później zniszczyć e za pomocą zaklęcie. Nie hamowała łez, które cisnęły jej się pod powieki.
      Poczuła, jak Gin przytula się do niej z boku. Nie odwzajemniła uścisku, ale i nie protestowała. Po prostu teraz nie chciał się w ogóle ruszyć. Było jej przykro. Tak najnormalniej w świecie. Naprawdę zadurzyła się w tym Krukonie, a on tak naprawdę miał ją za nic. Służyła mu tylko, jako zadanie dla Czarnego Pana. Bolało. Chyba nawet bardziej, niż dwa dni temu, kiedy umierała w Ministerstwie Magii. Bo wtedy była pokaleczona tylko na zewnątrz, a teraz rany tworzyły się w środku. Pękało jej serce.
      Hermiona, Ginny, Pansy i Luna stały w Wielkiej Sali i obserwowały, jak Umbridge musi zrezygnować z funkcji dyrektora Hogwartu i poddać się karze, jaka zostanie jej wyznaczona. Teraz jej twarzy nie zdobił pusty uśmiech, a nawet wręcz przeciwnie – była wściekła. Nie mogła znieść porażki. Nie wiedziała jednak, co za chwilę ją czeka. Przyjaciółki wymieniły porozumiewawcze spojrzenia i pokiwały do siebie głowami. Miona zagwizdała na palcach, a przy wejściu do Wielkiej Sali pojawił się sam Irytek. Trzymał w rękach wiadro z tym, co zostało po obiedzie Puszka. Bez mrugnięcia okiem wylał zawartość kubła wprost na głowę znienawidzonej profesorki. Zaraz po duchu pojawili się bliźniacy na miotłach. Oni natomiast dali wspaniały pokaz fajerwerków.
     Herm stała na środku Dziedzińca i klaskała wesoło. Do końca roku szkolnego zostało jeszcze kilka miesięcy. Wiedziała jednak, że teraz wszystko będzie spokojne i na swoim miejscu. No, przynajmniej do przyszłego roku szkolnego …

     Siedział na swoim wielkim tronie w Malfoy Manor. Pod jego bosymi stopami wił się Nagini. Obserwował wszystko, co dzieję się w Hogwarcie, oczami Kornela. Chłopak starał się zabić Szlamę, ale jak widać jest to bardzo trudne. No cóż. Zapas szczęścia w końcu jej się skończy i wtedy on, Lord Voldemort, będzie w tym samym miejscu co dziewczyna i zabije ją. Sprawi, że uśmiech, który zdobi jej dziewczęcą twarz, zniknie na zawsze tak szybko, jak się pojawia za każdym razem, kiedy to dziewuszysko jest szczęśliwe. On jej jeszcze pokarze, na co go stać. Przysięga. 

piątek, 6 grudnia 2013

ROK CZWARTY CZ. IV

 Hejołł !! ;D
Tutaj Wasza jedyna, nieoceniona i szurnięta Cave Iniminicum !! ;)
Mam dla Was małą (albo i całkiem sporą) dawkę Dramione, Blinny i w ogóle wszystkiego, co występuje w moim opowiadaniu. Czyli w sumie niczego ciekawego xd
Właśnie otworzyłam sobie całe archiwum części pierwszej i ogarnęło mnie swojego rodzaju przerażenie. Dlaczego? Ponieważ do końca tej części zostało jeszcze tylko 5, góra 6 notek. Jak ten czas szybko leci ... 
A tak apropos xd
Mam dla Was super hiper życzenia od pewnego kolesia z niemałą nadwagą w czerwonym stroju xd
Kazał przekazać, że jesteście najlepszymi czytelnikami, jakich tylko mogłam sobie wymarzyć, tylko komentarzy ciutek maławo (coraz mniej ;() Życzy wam jeszcze tylko wspaniałych prezentów z okazji swojego święta i zaprasza do poczytania ROKU CZWARTEGO CZ. IV.
Enjoy, Cave ;)
P.S. Trzynastu obserwatorów, czternasty stwierdził, że nie chce się ujawniać i jest anonimowy ( i tak go loff z całgo mojego, zamarzniętego, Ślizgońskiego serducha <3)
__________________________________________

     Hermiona i Ginny odbywały właśnie pierwszy z drużyną trening po przerwie świątecznej. Pogoda wcale mu nie sprzyjała. Z nieba padał mokry, gęsty śnieg, przysłaniający niemalże całą widoczność. Temperatura na pewno nie była wyższa, niż pięć stopni poniżej zera. Miona dygotała z zimna na całym ciele.  Strój do gry wcale nie chronił przed zimnem.
- Jak będę chora, to zrobię mu dużą krzywdę. – warknęła do Ginny, która była w takim samym humorze, jak ona sama. – Nie wiem, jak mogłaś zakochać się w kimś takim.
- Pamiętaj, że robimy to tylko dlatego, żeby postawił w przyszłym meczu z Krukonami Cormac ‘a. – przypomniała swojej przyjaciółce Ruda. – I wcale się w nim nie zakochałam! – zaprzeczyła, uświadamiając sobie, co przed chwilą oznajmiła Herm.
- No tak! Zapomniałam, że ty wolisz pewnego czarnoskórego Ślizgona. – zaśmiała się z wrednym uśmiechem. – I nie zaprzeczaj. Przecież takie zaklęcia, jak to wtedy nigdy nie zawodzą. – z satysfakcją patrzyła, jak na twarzy Gin pojawia się grymas złości, a rumieńce pogłębiają się. I to nie z powodu chłodu panującego dookoła.
- Nie denerwuj mnie. – warknęła panna Weasley i wepchała się w kolejkę do ćwiczeń, żeby tylko nie zabić tej wrednej zołzy. Hermiona uśmiechnęła się pod nosem, chociaż przerażała ją myśl, że jej najlepsza przyjaciółka mogłaby zadłużyć się w Ślizgonie. Jest dokładnie taki sam jak Malfoy, czyli wrednym, podstępnym, chamskim, zarozumiałym, głupkowatym, arystokratycznym, zapatrzonym w siebie, wyznającym miłość, kiedy przegląda się w lustrze …
- Granger, wiem że mnie kochasz, ale nie musisz o mnie cały czas myśleć. – kiedy tylko usłyszała ten głos odwróciła się w stronę, skąd on pochodzi.
     Czwórka Ślizgonów stała na trybunach. Pansy, która użerała się z nimi już od dłuższej chwili, miała przymrużone ze złości oczy i zaciśnięte pięści. Spod grubego szalika próbowała zmrozić Teodora wzrokiem. Ten gad ewidentnie się do niej przystawiał, a zaraz potem wyzywał od Zdrajczyń Krwi. Jak ona go nienawidziła. Najchętniej, to by mu tu i teraz wydrapała oczy.
    Luna posiadała takie samo nastawienie do Terrence ‘a. Ten debil źle działał na wszystkie magiczne stworzenia, odstraszając je. Teraz było jej zimno, bo wystraszył Malekanki Afrykańskie*, które chętnie dzieliły się z nią swoim ciepłem. Blondynka cały czas próbowała go zignorować, ale jak na złość ten Ślizgon był całkiem przystojny i wzrok sam na niego wędrował.
- Czy ty właśnie czytałeś mi w myślach, Malfoy? – warknęła, podlatując do nich. Widziała, że Ginny uczyniła już to samo.
- Wiesz, uczyliśmy się tego na ostatnich Zaklęciach, więc pomyślałem, że wypróbuję. – powiedział, oglądając swoje paznokcie, jakby były ósmym cudem świata. – Całkiem przydatna umiejętność. – dodał po chwili namysłu. Z zadowoleniem patrzył, jak twarz Gryffonki przybiera purpurowy kolor. Jednak nie było mu tak do śmiechu, kiedy dziewczyna rzuciła mu prosto w twarz kulką ze śniegu.
- To powinno cię nieco ostudzić, pieprzony arystokrato. – zaśmiała się Miona. Musiała przyznać, że całkiem ciekawie jest widzieć na twarzy Draco inne emocje, niż zarozumiałość. W tym przypadku ze zdziwieniem było mu wspaniale.
- Ja ci dam, ty szlamowata jędzo! – warknął i rzucił się na nią z pięściami. Herm śmiejąc się głośno zaczęła uciekać. O tak, ona po prostu kochała doprowadzać go do szewskiej pasji.
     Bleise stanął z boku i przyglądał się, jak jego przyjaciele igrają z tymi dziewuchami. Sam czekał tylko na Ginny, której poprzysiągł zemstę za to, co mu zrobiła przed świętami. Kiedy tylko wylądowała zaszedł ją od tyłu i położył dłoń na ramieniu. To był błąd, ponieważ niemalże od raz zarobił miotłą w łeb.
- Mało ci dupku?! Jak tak, to znam silniejsze zaklęcia! – warknęła mała, aczkolwiek bardzo niebezpieczna, istota. Miała zacięty wyraz twarzy i zabójczą broń w drobnych dłoniach – Kometę 206.
- Spokojnie Wiewióro. Nie chce ci nic zrobić. – powiedział, podnosząc ręce w obronnym geście. Gin zmierzyła go chłodnym spojrzeniem. Już wiedział, co mu odpowie …
- Nie wierzę ci. – wysyczała, stając w pozycji gotowej do obrony. Zabini zaklął pod nosem. Jak ma zrobić jej krzywdę, skoro nawet nie może do niej podejść. Idioto, jesteś Ślizgonem, wykombinujesz coś! Warknęła jego podświadomość.
- Hermiona, Ginny, Pansy, Luna. Za godzinę, tam gdzie zawsze. – powiedział chłodno Harry, mierząc swoich wrogów nienawistnym spojrzeniem. Bleise już chciał coś powiedzieć, ale przerwał mu mocny cios w głowę.
- Grabisz sobie. – warknął w kierunku Rudej. Ta tylko wzruszyła ramionami, usiadła na miotle i odleciała. Nie miała zamiaru dłużej przebywać w towarzystwie osób z ilorazem inteligencji … zaraz, zaraz. Jaki iloraz inteligencji?! Zabini w ogóle ma jaką kolwiek inteligencję?!
     Hermiona siedziała w fotelu przy kominku i rozmawiała wesoło z Ginny. Chociaż … ona z niej żartowała, a Ruda była zdenerwowana coraz bardziej. Była już o krok od wybuchu, kiedy w drzwiach stanął sam profesor Dumbledore. Cały Pokój Wspólny obserwował, jak zmierza w kierunku przyjaciółek. Te najwyraźniej nie zauważyły go, ponieważ cały czas dogryzały sobie wzajemnie.
- Panno Granger, panno Weasley, zapraszam was do mojego gabinetu. – powiedział swoim ciepłym głosem dyrektor i odszedł. Dziewczyny popatrzyły na siebie zdziwione, a na nie cały Salon.
     Siedziały teraz w gabinecie dyrektorskim. Jak się okazało, Lunę i Pansy również wezwano. Przyjaciółki nie wiedziały, co mają o tym myśleć, ale w głowie miały jeszcze bardziej zagmatwane, kiedy z kominka wyszli Lupin i Black. Przywitali się z nimi i usiedli na dwóch, z trzech wolnych krzeseł. Po chwili w pomieszczeniu pojawił się również dyrektor.
- Pewnie zastanawiacie się, po co was tu wezwałem. Otóż, chciałem zapytać, czy nie chciałybyście należeć do Zakonu feniksa. – zaczął i zaśmiał się, widząc zdziwione miny dziewcząt. – Nie dziwię się, na wasze niedowierzanie. W zakonie jeszcze nigdy nie było nieletnich członków. Wy jesteście pierwsze. Jednak macie takie umiejętności magiczne, jakich nie powstydziłby się niejedne doświadczony czarodziej i czarownica. – zachęcał. Przyjaciółki popatrzyły na siebie niepewnie, a w gabinecie zapanowała cisza oraz nieprzyjemna atmosfera. Jednak Hermiona zdecydowała się ją w końcu przerwać.
- Zgadzamy się. – odpowiedziała za całą czwórkę, a na twarz dyrektora powrócił szeroki uśmiech.
     Hermiona, Ginny, Luna i Pansy biegły na miejsce spotkania Gwardii Dumbledore ‘a. Były już sporo spóźnione, ponieważ formalności, z przyłączeniem do Zakonu Feniksa, zajęły im nieco więcej, jak chwilę. W końcu jednak dotarły na miejsce i weszły do Pokoju Życzeń, gdzie na środku ustawiło się wielkie koło dookoła Harry ‘ego.
- Czy y zawsze musicie spóźniać się razem? – zapytał Potter, kiedy tylko zidentyfikował postacie, które przerwały mu tłumaczenie Zaklęcia Patronusa. Miona miała już coś powiedzieć, ale w słowo wszedł jej sam Fred.
- Odpuść im, tym razem wezwał je dyrektor. – powiedział jeden z bliźniaków. Dziewczyny myślały, że właśnie wypróbują na nim poznane niedawno zaklęcia, ponieważ wszystkie spojrzenia skierowały się w ich stronę. Wybraniec westchnął żałośnie i przetarł dłońmi twarz w geście zrezygnowania.
- Dobra, nieważne. Wróćmy do rzeczy. O czym to ja? A tak, więc kto chciałby jako pierwszy zaprezentować swojego Patronusa? – zapytał i rozejrzał się dookoła. Miona usunęła się gdzieś w cień. Nie miała zamiaru znów używać tego wspomnienia. Próbowała na feriach z każdym już chyba szczęśliwym, ale udawało jej się wyczarować albo nic, albo tylko błękitną mgiełkę.
- Ja chcę! – wykrzyknęła Ginny i już po chwili stała obok Wybrańca, a Hermiona dziękowała jej w duchu, za ratunek.
   Może, jak tak będzie stała i nic nie robiła, to Potter nie zwróci na nią uwagi i zapomni o tym, że ona w ogóle istnieje? Nic bardziej mylnego. Kiedy tylko koń Gin zniknął, chłopak zawołał ją gestem ręki do siebie. Zaklęła na niego pod nosem, ale z dumnie uniesioną głową powędrowała na środek Sali. Każda para oczu była aktualnie zwrócona na nią, a ona sama czuła, jak ogarnia ją niepokój. Nienawidziła tego stanu, gdy wydaje jej się, że zaraz stanie się coś złego.
     Wyciągnęła dłoń, z zaciśniętą w niej różdżką przed siebie. Zamknęła oczy i pozwoliła wyobraźni pracować. Znów stała w korytarzu przed Wielką Salą i wracała do swojego Dormitorium. Usłyszała ciężkie kroki i już po chwili została przygwożdżona przez czyjeś ciepłe ciało do lodowatej, kamiennej ściany. Poczuła ciepły, przyjemny oddech, który owiał jej ucho. Później cichy szept i groźba. Tak, jej najszczęśliwszym wspomnieniem jest Draco Malfoy … Już miała wypowiedzieć zaklęcie, kiedy przerwało jej trzęsienie się ścian. Popatrzyła zdziwiona na przyjaciółki.
     W pewnym momencie jedna ze ścian zaczęła się kruszyć, a później obsypywać. Dziura coraz bardziej się powiększała, a głos zza niej stawał wyraźniejszy. Miona, Luna, Ginny i Pansy zacisnęły dłonie w pięści. Już wiedziały, kto odnalazł ich kryjówkę. Nie myliły się. Dolores Umbridge. Różowa wielbicielka kotów. Jak one jej nienawidziły. Teraz tylko upewniły się w przekonaniu, że to co zrobią jej na zakończenie roku szkolnego będzie wręcz znęcaniem się. Już ona je popamięta!
      Hermiona pomrugała powiekami, żeby przywrócić stuprocentową widoczność swoim brązowym tęczówkom. Kiedy tylko to się stało, otworzyły się jeszcze szerzej. Chociaż … mogła się tego spodziewać. Oprócz różowej zołzy w dziurze stali jeszcze Ślizgoni, tak bardzo znienawidzeni przez nią i przyjaciółki oraz Cho Chang, która najwyraźniej musiała ich wydać.
- Zapraszam wszystkich do mojego gabinetu. – powiedziała swoim słodkim, zawsze radosnym głosem nauczycielka. Hermiona zaklęła cicho pod nosem. Nie uda jej się uciec, a nawet jeśli, to i tak Malfoy pierwsze co zrobił, to obdarzył ją swoim ohydnym uśmiechem, od którego miękły jej kolana. Ugh! Jak ona ich wszystkich nienawidzi!
    Cała Gwardia Dumbledore ‘a znajdowała się aktualnie w gabinecie Landryny. Jej samej jeszcze nie było. Poszła z Harry ‘m, Ronem i Sophie do dyrektora. Ich natomiast pilnowali sami Malfoy, Zabini, Higgs i Nott. Oczywiście przyjaciółki miały wycelowane w gardła różdżki – były przecież najniebezpieczniejsze z całego towarzystwa.
    Ginny powoli zaczynała tracić cierpliwość. Nie dość, że ten kretyn podnosi na nią różdżkę, to nogi zaczynają ją boleć od tego stania. Czuła, że po woli zaczyna się w niej gotować. Czy ta różowa krowa nie może po prostu tutaj do nich przyjść, kazać im coś nabazgrać na kartkach, żeby wyryło się na dłoniach i pozwolić iść w tak zwaną cholerę?!
- Zabini, weź mi ten swój badyl z krtani, bo nie ręczę za siebie. – wychrypiała Ruda, co spotkało się z głośnym śmiechem wcześniej wspomnianego chłopaka. Twarz dziewczyny zaczynała przybierać odcień jej płomiennych włosów.
- A co ty mi możesz w takiej sytuacji Wiewióreczko zrobić? – zakpił z wrednym uśmiechem. Gin zaklęła pod nosem. Faktycznie. Jest od niej sporo silniejszy, a Krówsko zabrało jej magiczny patyczek. Była w sytuacji wręcz beznadziejnej, jakby tak na to optymistycznie popatrzeć.
    Hermiona wcale nie miała lepiej. Malfoy chyba za punkt honoru obrał sobie, żeby zrobić jej krzywdę. Czuła, jak z każdą mijającą minutą patyk wbija jej się coraz mocniej w krtań. Nie chciała jednak nic mówić, żeby nie dawać mu chorej satysfakcji na to, że sprawia jej ból. W pewnym momencie zabrakło jej tchu i zaczęła strasznie kaszleć. Nie zwróciła mu na to jednak żadnej uwagi, a i nie zanosiło się, żeby cokolwiek zrobił z fantem, że się najnormalniej w świecie dusi. Chyba nawet sprawiało mu to przyjemność.
- Możesz wreszcie przestać? – warknęła Luna. Wszyscy popatrzyli na nią zdziwieni. No tak, w końcu nie zawsze można usłyszeć zbulwersowaną PomyLunę.
- Ale co, wariatko? – zapytał z kpiącym uśmieszkiem, jeszcze mocniej przyciskając do gardła dziewczyny swój magiczny atrybut.
- TO !! – Pansy postanowiła, że również przyłączy się do obrony przyjaciółki.
      W końcu Hermiona nie wytrzymała i sięgnęła do kieszeni, skąd wyjęła … różdżkę. Odepchnęła z całej siły zdezorientowanego Malfoy ‘a i stanęła przy drzwiach, opierając się o nie plecami. Czwórka chłopaków od razu zapomniała o dziewczynach i wymierzyła w nią swoje różdżki. Ginny, Luna i Pansy, korzystając z okazji, podbiegły do biurka po swoje magiczne patyczki.
- No, no Granger. To było iście Ślizgońskie zagranie. – mruknął Teodor. Hermiona, widząc co robią jej przyjaciółki uśmiechnęła się wrednie.
- Zaraz się przekonasz, co to znaczy iście Ślizgońskie zagranie. – warknęła Pansy. Czwórka odwróciła się jak na komendę, a oczy zrobiły im się wielkości pięciozłotówek.
      Siedziały obolałe w Pokoju Wspólnym Gryffindor ‘u. Dyrektor uciekł, Ślizgoni niemalże je pokonali, Różowa Krowa gdzieś zniknęła … Żyć, nie umierać. W pewnym momencie z pokoju chłopaków wybiegli Harry i Ron. Było to dziwne, ponieważ korytarze są już patrolowane, a oni raczej nie chcą dostać szlabanu, jak Umbridge się znajdzie. No cóż. Trzeba zbadać sytuację …
- Harry, gdzie wam się tak spiesz? – zapytała Ginny, tarasując przejście za portretem. Sophie właśnie wyszła ze swojego pokoju. No to teraz już nikt im nie powie, że nic się nie dzieje.
- Syriusz, Ministerstwo Magii, Voldemort !!! – Wybraniec nawet nie próbował wymyślać wymówek, wiedział że z nimi nie wygra. A może po prostu nie dałby rady nic sensownego wymyśleć? Tak strasznie wyglądało to, co zobaczył we śnie.
- Idziemy z wami. – zarządziła Hermiona. Trójka tylko pokiwała głową, a koło nich pojawili się bliźniacy i Neville. To znaczy, że są już wszyscy. Pobiegli do gabinetu Landryny, skąd kominkiem przenieśli się prosto do Ministerstwa, a tam do pokoju z przepowiedniami.
       Przyjaciółki musiały przyznać, że wygląda to niesamowicie. Kilkaset tysięcy przezroczystych kuli z błękitnym dymkiem w środku. Poukładane na ogromnych regałach. Jednak nie na to teraz czas. Trzeba ratować Łapę. Nie dane im było zbyt Dalek iść, ponieważ jakiś Śmierciożerca pojawił się wprost przed nimi. Miał na twarzy maskę, ale kiedy tylko się odezwał Miona i Harry wiedzieli już, kim on jest.
- Witam panie Potter. – tak chłodny, wręcz lodowaty, głos posiada tylko kilkoro ludzi na świecie. Jednym z nich jest Lucjusz Malfoy.
- Co zrobiliście Łapie?! – warknął odważnie Wybraniec. Ojciec Dracona zaśmiał się lekceważąco.
- Ależ zupełnie nic. Czarny Pan po prostu chciał, żebyście tak myśleli. – odpowiedział. Hermiona zacisnęła dłoń na różdżce. Długo już zastanawia się, czy warto to powiedzieć, ale w końcu oni ją ignorują, a tak przecież nie powinno być !! W końcu się jednak odważyła.
- To dlaczego Voldemort nie przyszedł tutaj sam? – zapytała, specjalnie wypowiadając całe imię Toma i kładąc na nie nacisk. Śmierciożerca ściągnął swoją maską i ciskając w Hermionę z oczu piorunami, powiedział, a raczej wysyczał.
- Nie waż się wypowiadać jego imienia, Szlamo. – Miona uśmiechnęła się wrednie.
- Strach przed imieniem zwiększa strach przed jego posiadaczem. – odpyskowała, jednak niemalże od razu tego pożałowała, ponieważ poczuła, jak przez jej ciało przetacza się fala niewyobrażalnego bólu.
        Znała to uczucie. Wtedy, na cmentarzu, odczuła je po raz pierwszy. Cruciatus jest bardzo silnym zaklęciem. Słyszała, że ktoś ją woła, docierało to do niej, ale nie była w stanie nic odpowiedzieć. Tak naprawdę nie mogło zrobić nic innego, jak wić się na posadzce pod wpływem spazmatycznych napadów. W końcu zaklęcie ustało, a Herm po woli podniosła się do pozycji siedzącej. Podniosła wzrok. Bellatrix. To ona ją zaatakował, więc dlatego nie dała rady się obronić. Wstała i dumnie uniosła głowę.
- Tak właśnie myślałam. Ktoś waszego pokroju może wygrać tylko atakując w plecy. – warknęła z taką pogardą, jakiej sama Bellatrix by się nie powstydziła. Tym razem udało jej się odbić rzucone zaklęcie.
- Uciekamy!! – wykrzyknął Harry. Nie trzeba było więcej nikomu powtarzać. Miona złapała rękę, jak się okazało, Lunę i pobiegła przed siebie.
     W pomieszczeniu z różnych stron zaczęły strzelać kolorowe pociski. Blondynka i szatynka już nawet nie zważały na to, jakimi formułkami się posługują. Po prostu na zmianę rzucały i odbijały zaklęcia. Nie było czasu na myślenie. Trzeba było się albo bronić, albo atakować. W tym przypadku Gwardia Dubledore ‘a, a raczej jej mała część, chciała być wygranym, nie przegranym. Nie mogli polec. Riddle nie może dostać tej przepowiedni. To byłby koniec całego magicznego świata.
      Nagle wszyscy na siebie wpadli. Nikt nic jednak nie powiedział, tylko pobiegli w stronę jakichś drzwi, na końcu korytarza. Harry cały czas ściskał w ręce swoją przepowiednię. Jak widać nie miał zamiaru oddawać jej nikomu. W pewnym momencie obok głowy Sophie przeleciała zielona smuga światła. Ginny momentalnie zatrzymała się w miejscu.
- Bombarda !! – wykrzyknęła, a Śmierciożercę odrzuciło do tyłu z potworną siłą. Zapanowała grobowa cisza, jednak nie na długo. Wszystkie przepowiednie zaczęły się sypać z półek, a dźwięk tłuczonego szkła rozchodzić z echem po pomieszczeniu.
     Korzystając z zamieszania Gwardia Dumbledore ‘a wznowiła swój szaleńczy bieg. Pierwszy przy drzwiach stanął sam Wybraniec. Niewiele myśląc nacisnął na klamkę, a duży, drewniany przedmiot ustąpił. Niedane było mu jednak popatrzeć w dół, ponieważ poczuł, jak coś odbija się od jego pleców. Stracił równowagę. Zaczął spadać w dół, razem z resztą towarzyszy.
     Hermiona nie czuła w tym momencie nic oprócz tego, że spada w jakąś otchłań. Bała się tego, co ma nastąpić za chwilę. Nie trwało to jednak długo, ponieważ jakaś dziwna siła zatrzymała ja około metr nad ziemią. Otworzyła oczy, które z przerażenia wcześniej zacisnęła. Poczuła, jak siła zwalnia się, a ona całkiem mocno uderza w ziemię. Na chwilę straciła dech w piersiach, ale wydawało jej się, jakby to były godziny. Uniosła się na łokciach i rozejrzała dookoła. Na środku, na niewielkiej górce, stało wielkie coś, nie miała pojęcia co. Postanowiła jednak nie wnikać.
     Ich spokój nie trwał długo, ponieważ dookoła zaczęli latać Śmierciożercy. Miona i jej przyjaciółki rzucały dookoła siebie wszystkie zaklęcia, jakie tylko przyszły im do głowy. Nie było to łatwe, ponieważ szeleszczące w rytm ich szybkich ruchów szaty przysłaniały om widoczność. W pewnym momencie Herm poczuła, jak jej różdżkę odrzuca na kila metrów od niej, a potem, że coś przyciska ją do siebie. Wszystko dookoła stało się czarne, nie widziała zupełnie nic. Po chwili wszystko się skończyło. Obraz z  powrotem odzyskał swoją ostrość, a ona stała na twardej ziemi. Było tylko jedna rzecz.
     Za sobą czuła czyjeś ciepło. Nabrała głęboko powietrza w płuca, a razem z nim zapach znajomych jej perfum. Nie wiedziała tylko, skąd je kojarzy. Nie to jednak było w tym momencie najważniejsze, a to, że nie miała swojej różdżki. Za nią stał jakiś Śmierciożerca i celowała w jej głowę różdżką. Czuła, jak przyciska jej końcówkę do głowy. Ramię natomiast umiejscowił pod jej szyją. Nie była to najdogodniejsza dla nie pozycja, ponieważ praktycznie nie mogła się ruszyć. Tylko szarpać.
- Nie radzę ci Szlamo wykonywać jakiegokolwiek ruchu. Pamiętaj, że teraz to ja mam pełną kontrolę nad zaistniałą sytuacją. – warknął w jej stronę z nieukrywaną nutą satysfakcji. Ten głos … znajomy, tak samo jak zapach perfum. W głowie zaczęły kołatać jej się różne myśli. Skąd u diaska ona może znać zapach perfum jakiegoś brudnego Śmierciożercy?! Jej życie coraz bardziej staje się nienormalne. Musi z tym coś jak najszybciej zrobić.
- Myślałeś, że pokonasz nas jakąś bandą dzieciaków?! – wysyczał w kierunku Harry ‘eg,  Lucjusz. Na twarzy Wybrańca wymalowało się, idealne wręcz do odczytania, przerażenie. Hermionie przeszło przez myśl, że chociaż w takiej sytuacji mógłby zachować kamienną twarz. – Teraz oddaj mi przepowiednię, albo oni wszyscy, po kolei, zginą na twoich oczach. – dodał z nieukrywaną satysfakcją patrząc na bezradnego chłopaka Malfoy Senior.
- Nie oddawaj mu tego Harry!! – wykrzyczał Neville. Herm poczuła w duchu, że jest dumna z niego. Zawsze cichy i skryty w sobie, teraz odważył się sprzeciwić sługom Czarnego Pana.
        W pewnym momencie Hermiona odnalazła wzrokiem swoją różdżkę. Nie leżała wcale tak daleko, ale ona nie miała nawet najmniejszej możliwości, żeby do niej dosięgnąć. Żeby chociaż stała kilka metrów bliżej, żeby móc jej dosięgnąć nogą …
        Jej przemyślenia przerwał szelest szat i białe smugi dookoła. Zakon Feniksa!!! Preszło jej przez myśl. Jeszcze nigdy nie była aż tak szczęśliwa! Poczuła, jak uścisk z tyłu zwalania się, a później całkiem zanika. Podbiegła jak najszybciej do swojego magicznego patyczka i chwyciła go w prawą dłoń. Poczuła, jak przez jej ciało przebiega przyjemny dreszcz. Ten sam, podczas kiedy różdżka wybrała właśnie ją. Niemalże od razu rzuciła się w wir walki ze Śmierciożercami.
     Cały czas jednak obserwowała kantem oka poczynania Harry ‘ego i Syriusza. Coś jej nie pasowało. Znów miała to cholerne, złe przeczucie, że stanie się coś złego. Harry rozbroił jednego sługusa Czarnego Debila, a zaraz potem Black Malfoy ‘a. I właśnie wtedy to się stało.
     Cała akcja trwała nie więcej niż kilka sekund. Bellatrix, z którą walczyła zignorowała całkowicie jej osobę i poleciała w kierunku chłopaka i mężczyzny. Miona niewiele myśląc rzuciła się w szaleńczy bieg w tamtą stronę. Nie liczyło się teraz nic. Wiedziała, że ta wariatka nie ma najlepszych zamiarów i czuła się w jakiś sposób odpowiedzialna za to, co zrobi. Czarnowłosa kobieta, tak jak spodziewała się Herm, rzuciła Avadę. Dziewczyna, nie widząc innego wyjścia doskoczyła do Syriusza, żeby zasłonić go swoim ciałem. Potem poczuła już tylko niewyobrażalny ból głowy, jak strużka ciepłej krwi wypływa jej z nosa i przepastną ciemność, którą widziała już nie raz podczas nauki w Hogwarcie. Jednak czy tym razem wybudzi się z tej ciemności? 

piątek, 29 listopada 2013

ROK CZWARTY CZ. III

Krótko, bo krótko, ale zawsze. I tak więcej by nie było, bo mam kolejną kare na komputer, tylko tym razem dostaję go na piątek i sobotę xd
Mam nadzieję, że was nie rozczarowałam, bo sama siebie owszem...
Pozdrawiam, Cave :)
P.S. Wyczuwam Blinny xd
____________________________________________

     Hermiona i Ginny, w wyśmienitych humorkach, schodziły na śniadanie do Wielkiej Sali. Dziś była sobota, więc miały dzień wolny od wszelkich zajęć. Co chwila ktoś gratulował im wspaniałej gry, podczas wczorajszego meczu ze Slytherin ‘em. Odpowiadały szerokimi uśmiechami i skinieniem głowy. Jednak coś, a raczej ktoś miał sprawić, że ich nastrój ulegnie diametralnej zmianie. Postanowiły nie zwracać po prostu na nich uwagi i robić swoje. Niestety Draco i Bleise mieli co do nich inne plany i sami postanowili poprawić sobie samopoczucie po wczorajszej, druzgocącej przegranej.
- Ej, Rudzielcze, jak to jest mieć tak beznadziejnego brata? – Gin nawet na niego nie popatrzyła, tylko powędrowała w stronę Błoni, przyspieszając kroku. Oczywiście Hermiona zrobiła to samo, co przyjaciółka. Na nieszczęście panny Weasley, pan Zabini nie poddał się tak łatwo i już po chwili pędził do niej. – Aż tak źle, że nie odpowiesz? – zakpił ponownie. Ginny cały czas hamowała w sobie chęć rzucenia się na niego i podrapania mu tej jego, paskudnej twarzyczki. Ślizgon jednak z każdym wypowiedzianym słowem utwierdzał ją w przekonaniu, że dawno nie zrobiła mu porządnego kuku, zbyt dawno.
      W pewnym momencie czarnoskóry zatrzymał się w miejscu i zaczął śmiać tak, że aż wylądował na trawie. Ruda popatrzyła na niego, jak na debila, którym był w stu procentach, skrzyżowała ręce na wysokości klatki piersiowej oraz podniosła do gry jedną brew. Wszystkie te gesty miały oznaczać jedno – że nie rozumie zupełnie nic z jego kretyńskiego zachowania.
- I z czego rżysz idioto? – warknęła podirytowana. Nie wiedziała, o co mu chodzi, a ona nie lubiła nie wiedzieć o co komuś chodzi. Ugh ! Przecież on ją tak wkurza, że już zupełnie nie myśli sensownie!
- Bo ja … ja właśnie … uświadomiłem sobie coś ! – wystękał pomiędzy pojedynczymi napadani śmiechu. – Ty grałaś zupełnie tak samo, jak on! – dodał.
     Hermiona, która niedaleko dwójki kłóciła się z Draco, kiedy tylko usłyszała ostatnie zdanie wypowiedziane przez Zabini ‘ego od razu przestała zwracać uwagę na drugiego Ślizgona. Twarz jej pobladła i na nic nie zważając pomaszerowała w kierunku wejścia do zamku. Nie ma zamiaru być świadkiem morderstwa, a co dopiero ofiarą.
    Malfoy ‘a zdenerwowało zachowanie brązowowłosej Gryffonki. On się tu produkuje, wymyśla coraz to nowe epitety pod jej adresem, a ta jak gdyby nigdy nic odwraca się na pięcie i ucieka. To nie do pomyślenia! I wtedy coś go tchnęło. Odwrócił się do przyjaciela, do którego wcześniej stał tyłem. Bleise leżał na trawie i śmiał się, jak jakiś niedorozwinięty. Jednak nie to go przekonało do ucieczki. Otóż Ginny stała nad Ślizgonem, a jej twarz przybrała odcień prawie taki sam, jak włosy. Piąstki zaciśnięte były z całej siły, że aż pobielały jej knykcie. Oczy niemalże ciskały w chłopaka piorunami. Może i ta Ruda była Zdrajczynią Krwi, ale niebezpieczną ! Już kiedyś miał okazję od niej oberwać i nie zamierza ponownie korzystać z tej, wątpliwej jak dla niego, przyjemności.
       Ginny nie mogła uwierzyć w to, co ta gadzina jej powiedziała. Niby ona, Ginevra Molly Weasley, córka Molly i Artura Weasley, gra na tak samo beznadziejnym poziome, jak jej brat, Ronald ?! Zacisnęła piąstkę na różdżce, a zęby zazgrzytały jej złowieszczo.
- Vingardium Leviosa! – wypowiedziała formułkę przez zaciśnięte szczęki. Z satysfakcją popatrzyła na zdezorientowaną twarz Bleise ‘a, który momentalnie zawisł w powietrzu. – Co Zabini?! Tera już nie jest ci tak do śmiechu?! – zapytała przekornie, a w jej oczach zabłysły wesołe ogniki, które zawsze oznaczały, że bawi się wręcz wyśmienicie.
- Dobra, Wiewióreczko! – pisnął przerażony chłopak, do którego właśnie zaczęło docierać, jak wielki błąd uczynił, żartując sobie z niej w ten sposób. – Powiedzmy, że jesteś od niego trochę lepsza, tylko postaw mnie już na ziemię! – Gin zastanowiła się przez chwilę. Przecież nie może mu odpuścić tak po prostu, bez żadnej kary. O co to, to nie!
- Powiedzmy, że jestem od niego trochę lepsza? – przedrzeźniła go, udając myślicielski ton. Podrapała się wolną ręką po podbródku. W pewnym momencie na jej dziewczęcą twarz wpłynął wredny uśmieszek. Zabini zaklął szpetnie pod nosem. Zaczynał po woli żałować tego, co powiedział, a to mu się chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło.
- Posłuchaj mnie Weasley … -zaczął po woli, jednak nie dane było mu skończyć, ponieważ wylądował z impetem na jednym z drzew. Koniec zabawy! Tym razem grubo przegięła!
         Hermiona z chęcią pałaszowała swoje śniadanie. Wczoraj opuściła ją kolacja, więc nic dziwnego, że kiszki grają jej marsza w brzuchu. Zastanawiała ją tylko jedna rzecz. Dlaczego Ginny tak długo nie wraca z Błoni. Przecież już dawno powinna rozprawić się z kimś pokroju Zabini ‘ego. Zaintrygowana Miona postanowiła przeprowadzić wnikliwą analizę wzrokową Wielkiej Sali. Zaczęła od stołu nauczycielskiego.
     Na samym środku siedziała profesor Dolores – Minister – Mi – Pozwolił – Umbridge w swoim różowym stroju. Uśmiechała się w ten charakterystyczny dla siebie sposób, którego szatynka tak strasznie nienawidziła. W ogóle całej jej nie nawidziła. Nie rozumiała również, jak ona może siedzieć na środku, skoro to profesor Dumbledore jest dyrektorem szkoły? Paranoja.
   Następnym w kolejce okazał się, sam wróg numer jeden szamponu, Severus – Zadarty – Nochal – Snape. Niby zajęty był jedzeniem, ale Hermiona zauważyła, że co chwilę rzuca w kierunku Dolores spojrzenia typu „ zgiń, przepadnij różowy pomiocie nieczysty!”. Gryffonka uśmiechnęła się pod nosem. To chyba, nie, na pewno, pierwsza i ostatnia rzecz, w jakiej zgadza się z Nietoperzem.
     W gronie pedagogicznym nie znalazła już nikogo i niczego, co mogłoby przyciągnąć jej uwagę. Postanowiła się, więc zająć uczniami. Puchonów od razu pominęła, ponieważ na śniadaniu pojawiło się tylko kilkoro pierwszorocznych. Nuda! Krukoni? Luna rozmawiała o czymś zawzięcie z Kornelem, a kilkoro uczniów, z tych którzy byli na wczorajszej imprezie w Saloni Domu Lwa, wręcz usypiało na siedząco. Przy Stole Gryffonów siedziała tylko ona oraz Fred i Gerorge, którzy grzebali coś w, jak się domyślała, nowym wynalazku. Westchnęła zrezygnowana i podniosła wzrok na Ślizgonów.
    Pierwszym, co zobaczyła była oczywiście trójka nadętych bufonów, a dookoła nich wianuszek najpiękniejszych w szkole dziewczyn. Hermiona poczuła ukłucie zazdrości w sercu. Ona nie była tak ładna, jak Ślizgonki. Jej uroda była wręcz przeciętna. Spuściła wzrok i potrząsnęła energicznie głową. Nie, nie może tak myśleć! Przecież nie liczy się wygląd, a to, jakim się jest, prawda?
     Jej szpetne rozmyślania przerwało wtargnięcie kogoś do Wielkiej Sali. Okazało się, że to … Irytek ?! Jeszcze tylko jego tu brakowało! Duch nie robiąc sobie nic ze zdziwionych i, jak w przypadku Dolores, zabójczych spojrzeń kierowanych pod ego adresem po prostu podleciał do Hermiony.
- Irytek przybywa, by poinformować Mionę, że jej Ruda przyjaciółka postanowiła zrobić kuku jego przyjacielowi. - po ostatnich słowach rzucił w Malfoy ‘a balonikiem napełnionym wodą i śmiejąc się zniknął. Młody arystokrata zaczął kląć, na czym tylko świat stoi, a mózg Herm przetwarzać najważniejsze, pozyskane przed chwilą informacje.
      Gdy już ułożyła sobie wszystko w głowie, poderwała się z miejsca i zaczęła biec w kierunku, gdzie po raz ostatni widziała Ginny. Po drodze cały czas przeklinała swoją głupotę. W języku Irytka „ zrobić komuś kuku” nie oznacza nic innego, jak „ on jest już prawie martwy”. W pewnym momencie usłyszała, że ktoś również biegnie tam, gdzie ona. Nie wiele myśląc odwróciła się na ułamek sekundy do tyłu. Zobaczyła trójkę osobników, których nie chciała teraz, ani kiedykolwiek indziej zobaczyć. Gdzieś za nimi dostrzegła Lunę i Pansy, które najprawdopodobniej biegły jej na pomoc. Postanowiła jednak na nie nie czekać, bo do ratunku i tak by nie doszło. Wznowiła swój szaleńczy bieg. Nie trwał on długo, ponieważ poczuła, jak po chwili nosi się w powietrzu. Oczywiście zaczęła się wyrywać z całej siły, bo umięśnione dłonie napastnika trzymały ją w stalowym uścisku.
- To i tak ci nic nie da Granger, więc możesz od razu przestać. – usłyszała głos, który ku jej rozpaczy, przyprawiał ją o przyjemne dreszcze w okolicach kręgosłupa. – Nie martw się, jak tylko uratuję dupę tego kretyna, to może wypuszczę cię bez problemu. – Hermiona poczuła, jak złość opanowuje całe jej ciało. Czy on właśnie powiedział, że ma zostać tarczą anty Ginnową?! Jego niedoczekanie! Nie będzie ryzykować dla jakiegoś brudnego, skretyniałego Ślizgona! Zaczęła wyrywać się jeszcze bardziej niż wcześniej. Czuła wręcz, jak każdy mięsień Malfoy ‘a się napina. Denerwował się coraz bardziej. I o to jej właśnie chodziło.
       Pansy i Luna, kiedy tylko zobaczyły, że ci debile wychodzą za Hermioną nie zawahały się nawet przez chwilę i pobiegły na ratunek przyjaciółce. Niestety nie dały rady ich dogonić. Do tego, jak na złość, Nott i Higgs postanowili sobie z nimi pogadać.
- Gdzie wam się tak spieszy? – zacmokał Teodor z wrednym uśmiechem. – Może jednak porozmawiacie z nami chwilę. Bieganie jest takie męczące. – dodał, a raczej westchnął, teatralnie ścierając niewidzialny pot z czoła.
- Po prostu zejdźcie nam z drogi. – warknęła w ich kierunku Pansy, której twarz zaczęła się niebezpiecznie czerwienić. Do tego Teo zaczął tak dziwnie na nią działać. Nie podobało jej się to.
      Ginny rozglądała się wkurzona dookoła. Ta gadzina gdzieś jej właśnie uciekła. Jednak ona nie zamierzała odpuścić mu tak łatwo. Nie miał prawa skrytykować jej gry! Była o tysiąckoć lepsza od niego! Postanowiła wyciągnąć go z kryjówki podstępem, używając jego wrodzonej głupoty oraz długiego jęzora, które w połączeniu bywają czasami naprawdę bardzo pomocne, szczególnie w takich sytuacjach, jak ta teraz.
- Bleisiczku! Wyjdź z kryjówki Diabełku! Przecież wiesz, że nie zrobię ci zbyt dużej krzywdy! – zaszczebiotała głosem, którego nie powstydziłyby się nawet siostry Greengras. Na efekt nie musiała czekać długo, ponieważ już po chwili z jednego z drzew zaczęła zwisać głowa Zabiniego.
- Teraz przesadziłaś, wredna zołzo! – warknął podirytowany. Nikt nie miał prawa tak się do niego zwracać, nawet ona! Zaraz, zaraz! Szczególnie ona! Jego rozmyślania przerwało wypowiedziane przez Ginny zaklęcie. Zacisnął powieki i modlił się w duchu, żeby nie bolało aż tak bardzo …
     To, co zobaczyli Hermiona i Draco po dojściu na Błonia przeraziło ich nie na żarty. Pod jednym z drzew leżał nieprzytomny Bleise, a jakiś dziesięć metrów dalej Ginny, która również zemdlała. Herm momentalnie wyswobodziła się z ramion Draco i popędziła do swojej przyjaciółki. Zaczęła próbować wszystkiego, nawet delikatnie uderzała jej twarz, żeby tylko się obudziła. Smok uczynił to samo z swoim przyjacielem. Jednak w pewny momencie złość ogarnęła każdą komórkę jego ciała.
- Jeżeli to Rude czupiradło coś mu zrobiło, zabije ją. – Herm, kiedy tylko usłyszała te słowa od razu zerwała się na równe nogi.
- Ty chamie! Jeżeli ktoś coś tutaj komuś zrobił, to tylko ten twój brudny przyjaciel mojej Ginny! – warknęła podnosząc się na równe nogi. Jak on w ogóle śmiał posądzać o cokolwiek Gin?!
       Nie musiała czekać długo na reakcję Malfoy ‘a. W ułamku sekundy chłopak stanął naprzeciw niej i mierzył ją zabójczym spojrzeniem. Miona, chociaż była od niego całkiem sporo niższa, to nie pokazywała żadnego strachu. Nawet go nie odczuwała. Już mieli sięgać po różdżki, kiedy otarł do nich głos profesor McGonagall.
- Panno Granger, panie Malfoy. Co się tutaj dzieje? – zapytała mierząc ich srogim spojrzeniem, co spowodowało, że odsunęli się od siebie. Hermiona już chciała otwierać usta, kiedy ponownie dobiegł ją lodowaty głos vice dyrektorki. – Lepiej nic nie mów! Trzeba ich zabrać do Skrzydła Szpitalnego.
      Wieczorem Herm siedziała wraz z innymi uczniami, którzy należeli do Gwardii Dumbledore ‘a, w Pokoju Życzeń i ćwiczyli razem z Harrym zaklęcie Expecto Patromun. Nie szło jej zupełnie. Była zdenerwowana na Malfoy ‘a i Zabini ‘ego, i w ogóle na cały otaczający ją świat. W pewnym momencie postanowiła w końcu wziąć się w garść i wyczarować coś więcej niż kilka iskierek. Skupiła się na najwspanialszym wspomnieniu. Moment, w którym dowiedziała się, o tym że jest czarownicą … Wypowiedziała formułkę. Nic, kolejne iskry. Moment, w którym poznała Ginny, Lunę lub Pansy … Dalej nic. No cóż, ona nie podda się tak łatwo. Moment, w którym dostała się do drużyny Gryffonów … Nic z tego, same iskierki. Trudno, próbuje dalej. Moment, w którym dostała się do Gryffindor ‘u … Mgiełka wystrzeliła z jej różdżki. To dalej nie to, czego chciała. Zaraz, a może by tak spróbować. Pewnie się nie uda, ale co jej szkodzi? Pomyślała i wypowiedziała formułkę po raz kolejny, jednak tym razem z różdżki wystrzelił wspaniały Feniks. Herm pisnęła przerażona i wypuściła różdżkę, przez co zwierzę zniknęło.
- To było naprawdę mocne wspomnienie. – powiedział do niej Harry. Popatrzyła na niego przerażona i po prostu opuściła Pokój Życzeń. Powędrowała do Ginny, nie zważając na późną porę. Rzuciła na siebie tylko Zaklęcie Kameleona, żeby po drodze ktoś jej nie zauważył. Nie zniosłaby kolejnego szlabanu. Ręka cały czas boli ją od tego długopisu.
- Ginny, masz się w tej chwili obudzić. – zażądała, kiedy tylko dotarła na miejsce i usiadła obok łóżka, gdzie leżała jej przyjaciółka. – Nie mogłaś wybrać innego zaklęcia? Czy to musiało być akurat to?

- Przynajmniej teraz wiesz, jak to jest, kiedy wreszcie uratujemy ci dupe i to ty tu leżysz. – wychrypiała Ruda.